Dzisiejsza Katalonia
Dla niejednego Andaluzyjczyka baraki oznaczają jednak postęp w porównaniu z ziemiankami, jakie miał w swej macoszej ojczyźnie. Żyje wyzwolony od strachu przed suszą, przed panem, przed księdzem. Zarazem jednak popada w następną niewolę — kapitalistycznego systemu produkcji i konsumpcji. Opowiadano mi o pełnej napięć rywalizacji między ludźmi z baraków, oto na przykład, kto ma bogatsze wyposażenie mieszkania, kupowane oczywiście na raty. Tam się bali księdza, tu się boją rat i bezrobocia. Andaluzyjczycy przywieźli ze sobą bagaż zwyczajów, przyjechali ze swoimi świętymi i własnymi madonnami. W dzielnicy baraków Polvorin widziałem gigantyczną procesję w stylu andaluzyjskim na cześć Bergen del Carmen, ale w niedziele chodzi do kościoła zaledwie 5 procent mieszkańców baraków. Tu po prostu nikt do tego nie zmusza, jak w rodzinnej wiosce. Fanatyczny katolicyzm zamienia się więc nagle w obojętność. Chodzi raczej o obojętność niż o wzrost świadomości, bowiem wśród imigrantów jest większość analfabetów. W Can Tunis — opodal Barcelony 10 dzielnic barakowych ma zaledwie 6 szkółek, w 30-osobowych klasach uczy się po 70 dzieci. Znaczna część dzieci w ogóle nie chodzi do szkoły. Poza tyrn brakuje nauczycieli, którzy uciekają od zawodu z powodu niskiego wynagrodzenia. Opowiadano mi, że gdy sklepikarz poszukiwał pracownika z wykształceniem podstawowym, wśród kandydatów znalazło się 20 nauczycieli.
blog sikluva przynajmniej opowieści ogólna wiedza o turystyce